O mnie

Cześć, czołem, siemano!:)

Jestem Maciek Wojcieszuk – jestem perkusistą. Napiszę tutaj parę słów o sobie. Urodziłem się w Lublinie, i od najmłodszych lat miałem jakiś taki „dryg” rytmiczny. Bardzo lubiłem słuchać muzyki, wkręcałem się w nią mocno, tańczyłem naturalnie sam z siebie (dziś po latach już nie bardzo:) ) i ogólnie czułem puls. Odbierałem go wewnętrznie. Po jakimś czasie, gdzieś koło 11-12 roku życia oznajmiłem moim rodzicom, że chcę grać na czymś i żeby coś z tym zrobili 🙂

Na szczęście moja Mama od razu kupiła gitarę i zapisała mnie na zajęcia. Spełniła moją prośbę i tak za chwilę stałem się uczniem ogniska muzycznego, w którym w tajniki muzyki wprowadzał mnie pan Przemysław Łozowski.

Na zajęciach z nim świetnie rozbujało się to moje zainteresowanie, moja faza na granie. Bo były to super zajęcia! Graliśmy na gitarze, ale jednocześnie uczyliśmy się nut, trochę teorii muzyki a przede wszystkim IMPROWIZOWALIŚMY! Już wtedy miałem kontakt z graniem „na żywca”, na bieżąco – co okazało się później ważnym składnikiem mego życia. Super czas, faza na granie rozdmuchana, przedłużona i jeszcze mocniejsza.:)

Jak miałem lat 15 podjąłem decyzję o zdawaniu do szkoły muzycznej. I po namyśle wybór padł na perkusje – ale uwaga – był taki taki wybór „nie wiadomo skąd” . Wybrałem bębny, bo nie chciałem dalej na gitarze, tylko potrzebowałem czegoś nowego i tak wyszło. Nie za bardzo to przemyślałem, szczerze mówiąc

Udało mi się dostać i tak trafiłem pod skrzydła Adama Maruszaka – Pedagog przez największe możliwe „P”. Doskonały, bardzo się nami zajmował, dbał o nas i zarażał nas pasją do grania. Ale bardzo ważną rzeczą byli też moi kumple, którzy są bębniarzami do dzisiaj. Oni byli wtedy bardziej zaawansowani ode mnie, i jak zobaczyłem co oni potrafią na tym instrumencie, to dostałem dosłownie objawienia. Jeżeli do tej pory moją „wkrętka” i „faza” na granie była duża, to nastąpiła reakcja łańcuchowa. Spodobało mi się to tak bardzo, że w zasadzie postanowiłem że będę robił w życiu to i tylko to. Zaczęło się więc ostre ćwiczenie. I to nie tylko na zestawie perkusyjnym, bo w szkole muzycznej na perkusji klasycznej jest najpierw werbel, potem ksylofon, kotły orkiestrowe, wibrafon i marimba a na końcu zestaw. I jeszcze oczywiście fortepian dodatkowy. Ale mi się bardzo chciałem, grałem na tych wszystkich instrumentach, szedłem do przodu. Zapał mi się nie kończył.

Po jakimś czasie usłyszałem o szkole muzycznej przy ulicy „Bednarskiej” w Warszawie. Dostawali się do niej i wyjeżdżali do stolicy moi koledzy, bo był tam wówczas jeden z nielicznych „Wydziałów Jazzu” . Czyli szansa na dostanie się do szkoły gdzie zajmujemy się już tylko graniem na zestawie, w dodatku wyszło z niej mnóstwo znanych i wspaniałych muzyków. Prestiżowa. Pomyślałem – oooo tak! To jest to. Postanowiłem spróbować na maksa. Oznajmiłem to w szkole. Jednocześnie chodziłem już do liceum, ale byłem na tyle wkręcony, że pewnego dnia powiedziałem w domu (najpierw mojej Mamie) że zabieram papiery z liceum i zostaję w szkole muzycznej. Będę do końca roku ćwiczył, dostanę się i przeniosę do Warszawy a maturę zrobię później. Plan trochę hardkor, ale ostatecznie wyszło. Mieszkałem u Babci 200 metrów od szkoły muzycznej i naparzałem. Grałem. Dużo na maksa harowałem. I dostałem się, nawet na pierwszym miejscu. Po trzech latach grania na perkusji, do klasy legendy Polskiego Jazzu – pana Czesława „Małego” Bartkowskiego.

Później przeprowadzka do stolicy, mieszkanie w bursie i stopniowe rozkręcanie „grania”. Gdzieś pod koniec „Bednarskiej” doszedłem do wniosku, że trzeba iść na studia, wybór padł najpierw na Akademię Muzyczną w Krakowie ale – uwaga – nie udało mi się za pierwszym razem. Trochę się zdołowałem, ale też w miarę szybko otrząsnąłem, poćwiczyłem co trzeba i za rok udało mi się dostać do dwóch miejsc – do Akademii Muzycznych w Krakowie i Katowicach. Wybór padł na to drugie miasto i nauka u dr Adama Buczka. Skończyłem w międzyczasie Bednarską, nawet z oceną celującą. Niestety – na pierwszym roku zachorowałem, i moje chorowanie przeciągnęło się na cały rok akademicki. Więc znów trochę falstart, bo nawet na chwilę pojawiło się zagrożenie, że nie wiadomo co dalej z graniem na bębnach. I to był na moment cios – życie przed oczami przeleciało 🙂 Na szczęście znalazłem lekarza-cudotwórcę i wyciągnął mnie z tego. Po półrocznej przerwie udało mi się wrócić do grania, a od kolejnego semestru na studia. Studiowałem dziennie, ale mieszkałem też w Warszawie, nie chciałem tracić kontaktów i tego co wypracowałem do tej pory. Funkcjonowałem na dwa miasta, nie było to łatwe, ale dało radę 🙂 Studia skończyłem w 2018 roku.

A przez cały ten czas, już od pierwszych lat w szkole w Lublinie, trochę się działo. Życie muzyka to całkiem ciekawa przygoda. Z jednej strony masz momenty tego zamartwiania się jak masz przestoje (wiadomo, to nie praca w biurze), albo jak po prostu jesteś przeładowany, z drugiej strony przeżywasz co jakiś czas piękne chwile i czujesz się szczęśliwy i nagrodzony za całą tą wykonaną pracę.

Mi też się udało: wygrać parę konkursów i powystępować z różnymi artystami (ze znanymi nazwiskami również). Na koncertach, w teatrach, na audycjach, pogrzebach, weselach, chrzcinach. Na mundialu w Katarze. W Opolu. W Hiszpanii, Gruzji i kilku innych krajach. Na obecnym etapie życia nie mam jednak ochoty świecić tutaj tym, z kim grałem, co wygrałem i dlaczego to właśnie ja ja ja! 🙂 Zamiast tego skupiam się na pracy tu i teraz, doskonale wciąż swoje umiejętności i moimi działaniami na bieżąco staram się dowieść swojej wartości.:) Ale gram! Jestem i gram, istnieję wciąż na rynku. A oprócz tego uczę i nagrywam! Muzę, ale też filmy na YouTube:)

Równocześnie do grania, od około 10 lat uczę grać na perkusji. Bardzo lubię to robić i owocem moich działań w tym temacie jest moja szkółka – Studium Rytmiczne – spotykamy się w mojej salce i bębnimy! Więcej o tym dowiecie się w dziale „Lekcje na żywo” ale też ciekawe tematy na naukę online są w zakładce „Lekcje online”

Zapraszam i wszystkiego dobrego! 🙂